Dzieci nie zostały na lodzie

January 16th, 2006

Najmłodsi nauczyli się rzucać linę ratunkową

Jak bezpiecznie bawić się w zimie – na to i wiele innych pytań odpowiedzieli strażacy, którzy spotkali się z dziećmi ze Szkoły Podstawowej nr 10 w Jeleniej Górze. Uczniowie nauczyli się, jak rzucać linę ratowniczą. Największym powodzeniem maluchów cieszył się pokaz na zbiorniku wodnym przy ul. Głowackiego. Strażacy ze specjalistycznej grupy wodno-nurkowej z Jeleniej Góry rozcięli lód piłą spalinową, po czym jeden z nich wskoczył do wody. – Samemu ciężko jest wyjść. Potrzebny jest nóż albo czekan – mówił aspirant Piotr Wincenty, który prowadził pokaz. – Ratownicy rzucili strażakowi piłkę przymocowaną do liny i wyciągnęli go na powierzchnię.
– W okolicach naszej szkoły jest wiele stawów i glinianek. Lepiej, żeby dzieci uważały podczas ferii, zanim wejdą na lód – powiedziała nauczycielka Katarzyna Kowalewska.
– Pokaz był bardzo fajny – przyznał Tymoteusz Rawicz.
– Nie będziemy chodzić po zamarzniętych stawach – zgodnie przyznały Zosia Łaborewicz i Emilka Berczyńska z klasy III a.

Autor artykułu: (ROB)

Jeden, a dwa w rozumie

May 20th, 2005

Single: młodzi, atrakcyjni, aktywni, samotni

Idziesz sama do miasta, siadasz przy stoliku w knajpianym pasażu, zamawiasz piwo i zastanawiasz się, co też ludzie o tobie myślą, kiedy mija czas, a nikt do ciebie nie przychodzi

Danusia mieszka z rodzicami, którzy martwią się jej „pojedynczością”, choć nie chcieliby, żeby się kiedykolwiek wyprowadziła. To dobrze – ma dokąd i do kogo wracać, choć nieraz się nasłucha, co ludzie myślą o kobiecie, idącej ulicą lub nawet wracającej taksówką, tak samej po nocy. Read the rest of this entry »

Nieświeża rybę

February 19th, 2005

Szefowie ośrodka „Pod dębem” będą odpowiadać za zaniedbania sanitarne, które doprowadziły do zatrucia 40 dzieci

WÓJTOWICE, gmina Bystrzyca Kłodzka
Dwudziestu młodych szczecinian wciąż leży w szpitalu. Jednego chłopca zabrali do domu rodzice. Zimowisko, pomimo rażących zaniedbań sanitarnych, przez które 40 młodych ludzi zatruło się pastą z ryby, wciąż jednak funkcjonuje

Do ośrodka „Pod dębem” w Wójtowicach przyjechało na zimowisko 71 uczniów szczecińskich podstawówek, gimnazjów i szkół średnich. Ferie w górach zorganizował im szczeciński Pałac Młodzieży. W środę wieczorem czterdzieścioro odpoczywających tam dzieci zaczęło skarżyć się na mdłości, bóle brzucha, biegunkę i gorączkę. Dwudziestu z objawami zatrucia hospitalizowano w szpitalach w Bystrzycy Kłodzkiej i Kłodzku.
W czwartek od rana w ośrodku trwała już kontrola sanepidu. Wczesnym popołudniem zdecydowano o zamknięciu kuchni. Powód? Rażące zaniedbania sanitarne, między innymi mysie ekskrementy w magazynach żywnościowych oraz brak książeczek zdrowia u kucharzy.
Wieczorem sanepid zweryfikował jednak swoją rygorystyczną decyzję i dopuścił kuchnię do użytkowania. Zaostrzył jednak warunki i, co ważne, wymienił skład pracowników bloku żywieniowego. Gdyby tego nie zrobiono, odpoczywający w górach szczecinianie musieliby się żywić w innym ośrodku lub wrócić do domu.
– Mam nadzieję, że nasi podopieczni szybko wyzdrowieją i będziemy mogli normalnie kontynuować zimowisko – powiedziała nam w piątek Barbara Marcinkowska-Sinius, kierowniczka zimowiska.
Niestety mniej rozmowna była szefowa ośrodka „Pod dębem”. W czwartek stwierdziła tylko, że nic właściwie się nie stało i dlatego nie ma nic do powiedzenia. Jeśli przypuszczenia sanepidu się potwierdzą (wyniki będą znane w sobotę) to będzie odpowiadała przed sądem za narażenie dzieci na utratę zdrowia i życia. Doniesienie do prokuratury złoży jeden z rodziców dzieci.
Wczoraj przebywające w szpitalach w Kłodzku i Bystrzycy Kłodzkiej dzieci czuły się już dobrze.

Nawet 3 lata więzienia
Sprawa zatrucia, wszystko na to wskazuje, będzie miała swój finał w sądzie.
Co grozi szefom ośrodka „Pod dębem” jeśli badania sanepidu potwierdzą przypuszczenie, że dzieci zatruły się pastą z nieświeżej ryby i było to wynikiem zaniedbań sanitarnych? Sankcję do 3 lat wiezienia przewiduje artykuł 165 kodeksu karnego mówiący o spowodowaniu zagrożenia zdrowia i życia przez wywołanie zatrucia pokarmowego. Ponadto sprawa może mieć swój finał w sądzie grodzkim w związku z zatrudnieniem osób nieupoważnionych do pracy w kuchni (artykuł 110 kodeksu wykroczeń) oraz nieutrzymaniem należytej kontroli nad stanem sanitarnym (art. 111). Obydwa przewidują kary grzywny pieniężnej do 5 tys. zł.

Autor artykułu: Romuald Piela

Woli święty spokój

February 19th, 2005

- Do końca kadencji rezygnuję z jakichkolwiek podwyżek wynagrodzenia – poinformował Wiktor Błądek, prezes KGHM

Do takiego oświadczenia skłonił prezesa KGHM miedialny szum, wokół odrzuconego ostatecznie przez radę nadzorczą spółki wniosku o kilkudziesięciotysięczne podwyżki dla członków zarządu. Gazety grzmiały, że chce zarabiać 200 procent więcej, a związkowcy z górniczej Solidarności grozili protestami.
- Już nie ma takiego tematu. Napisałem do przewodniczącego rady nadzorczej, że rezygnuję z podwyżek – oznajmił na konferencji prasowej prezes Wiktor Błądek. Był jednak rozgoryczony, że członkowie rady nadzorczej nie docenili dobrej pracy zarządu w 2004 roku.
- Zysk wzrósł o 260 procent w porównaniu do roku 2004 – wyliczał. – To czterokrotnie więcej od wzrostu ceny miedzi, więc mówienie, że o rekordowym wyniku zadecydowała wyłącznie koniunktura na rynku, to niesprawiedliwość. Sama produkcja wzrosła o 20 tys. ton miedzi. Tego nie znalazłem w ogródku. To wynik ciężkiej pracy górników, hutników oraz kadry zarządzającej.
Deklaracja prezesa nie dotyczy jego zastępców, powstałaby jednak niezręczność, gdyby nagle zaczęli zarabiać więcej niż szef.
Poza ok. 21,7 tys. zł stałego wynagrodzenia na pensję Wiktora Błądka składa się przyznawana co kwartał premia. Jej wartość w dwóch ostatnich latach systematycznie rosła (średnio z 7 do 26 tys. zł). W efekcie średnie wynagrodzenie prezesa Polskiej Miedzi w 2004 roku wyniosło łącznie ok 47 tys. zł.

Autor artykułu: (PEKA)

Kto prosi o śmierć

February 19th, 2005

Kontrowersje wokół pierwszego w Polsce projektu uchwały dopuszczającego eutanazję

Rozmowa z dr.Janem Hartmanem, filozofem, kierownikiem Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego
* Czy dopuszcza Pan możliwość stosowania eutanazji w jakimkolwiek przypadku?
- Dopuszczam, bo człowiek ma prawo do popełnienia samobójstwa. Jeśli on sam nie ma fizycznej możliwości, by to uczynić, należy stworzyć regulacje, które to umożliwią. Jeśli prosi o śmierć, powinien uzyskać pomoc. Potrafię uszanować sąd cierpiącego katusze człowieka, iż pozostałe mu tygodnie czy miesiące nie są warte przeżycia za cenę ogromnych cierpień.
* To jest wbrew podstawowej zasadzie, że zabijanie jest zawsze złe.
- Oczywiście zabić, brzmi strasznie. Jednak tylko mordowanie jest zakazane bezwzględnie. Bywają natomiast sytuacje, gdy pozbawianie życia, zabijanie, jest uzasadnione – na przykład na wojnie. Nie mówię, że eutanazja sama w sobie jest dobrem. Twierdzę, że jej prawna dopuszczalność jest dobrem. Człowiek cierpiący, śmiertelnie chory i pragnący śmierci ma moralne prawo oczekiwać pomocy w popełnieniu samobójstwa. Oczywistym warunkiem jest to, że chory podejmujący taką decyzję musi być w pełni świadomy, co robi. Istotą prób zalegalizowania eutanazji jest wprowadzenie prawnych regulacji takich działań. Trzeba pamiętać, że eutanazja w klasycznym rozumieniu – czyli uśmiercanie lub pomoc w samobójstwie – są tylko jedną z form czynów eutanatycznych. Najczęstszym jest tak zwane znieczulenie przedśmiertne. Nie ma ostrej granicy pomiędzy podaniem dużej ilości środka znieczulającego bez zamiaru uśmiercania, ale ze świadomością, że chory już się nie obudzi, a dokonaniem eutanazji. Cała sfera postępowania z chorymi, wobec których medycyna jest bezradna, domaga się pełniejszego prawnego uregulowania. Dotyczy to m.in. kwestii zaprzestania uporczywej terapii lub sztucznego podtrzymywania życia mózgowego.
* Czy zaprzestanie terapii jest zgodne z prawem?
- O tym i tak zawsze decyduje lekarz. Jeśli nawet taka sprawa trafi przed sąd, to przecież sędzia nie ma kompetencji, by samodzielnie cokolwiek orzec. To, czy jakieś działanie związane z określeniem momentu śmierci było słuszne, czy nie, decyduje biegły lekarz. I nie można liczyć w tych kwestiach na żadne jednoznaczne kryteria, które dałoby się stosować mechanicznie.
* Lekarz, który uzna, że pacjenta nie da się wyleczyć, może przecież popełnić błąd w diagnozie. To ogromne ryzyko, jeśli w wyniku jego decyzji, dokona się eutanazji.
- Takie ryzyko jest niesłychanie małe.
* Czy to nie wystarczy, by nie dopuszczać możliwości eutanazji?
- Przecież tak samo jest z karą śmierci. Istnieje jakiś margines błędu, może się zdarzyć, że skazany był niewinny. Ale czy to oznacza, że trzeba rezygnować z eliminowania zbrodniarzy? Czy mamy zaprzestać używania karetek pogotowia, bo może zdarzyć się, że jadąca karetka kogoś zabije? Jak ktoś jest śmiertelnie chory, to popełnienie błędu w diagnozie przez lekarza jest praktycznie niemożliwe. Taką diagnozę musi zresztą potwierdzić dwóch, lub trzech niezależnych lekarzy. Przeciwnicy eutanazji argumentują, że jej dopuszczenie prowadzi do nadużyć. To błąd. Chodzi właśnie o wprowadzenie kontroli, która ograniczy nadużycia związane z eutanazją. Legalizacja eutanazji powinna czynić ją czymś wyjątkowym i rzadkim.

Autor artykułu: Wojciech Szymański

Mieszkanie na boisku

February 17th, 2005

Czteroosobowa rodzina żyje w jednym niewielkim, zagrzybionym pokoju

– Pokój ma 2,5 metra szerokości i 3,5 m długości. Nie ma tutaj kuchni, toaleta jest na korytarzu. A proszę zobaczyć jaki jest grzyb na ścianie. W takich warunkach nie da się żyć – skarży się Ireneusz Sokalski .

W takim pomieszczeniu żyje dwoje dorosłych ludzi wraz z dziećmi w wieku 10 i 15 lat.
Rodzina państwa Sokalskich przez dwa lata mieszkała w wynajmowanym mieszkaniu w Gęsińcu, wsi położonej niedaleko Strzelina. W połowie stycznia właścicielka wymówiła im lokal.
– Przyszła w towarzystwie swoich dwóch córek i jakiegoś mężczyzny. Poinformowała nas, że mieszkanie sprzedała i musimy je opuścić, pomimo tego, że jest zima – mówi Ireneusz Sokalski. – Ten mężczyzna dodał, że jak nie zrobimy tego dobrowolnie, to on wyrzuci wszystkie nasze rzeczy na podwórko.

Dwie opinie

- Mieszkanie zostało im wymówione, bo od pewnego czasu nie płacili regularnie za czynsz – twierdzi pani Danuta, właścicielka owego mieszkania. – Poza tym nie płacili też za prąd. Teraz ja muszę wyrównywać wszelkie zaległości – dodaje z oburzeniem. Pani Danuta uważa również, że pomieszczenie zostało przez wynajmującą rodzinę zniszczone.
Państwo Sokalscy nie ukrywają, iż takie postępowanie właścicielki jest dla nich zaskakujące. – Jeszcze 7 stycznia zapłaciłem tej pani ratę za mieszkanie – mówi pan Ireneusz.
Rodzina musiała opuścić mieszkanie, w którym zostały należące do niej sprzęty: telewizor, lodówka, meble i kuchenka gazowa.
Ireneusz Sokalski poszedł po pomoc do Urzędu Miasta i Gminy w Strzelinie. Czteroosobowa rodzina została umieszczona w pokoiku na terenie należącym do miejscowego Ośrodka Sportu i Rekreacji.

Słoik zupy

– Mieliśmy tam mieszkać tylko parę dni. Obiecano, że znajdą nam jakieś lokum. Mamy już luty, a my nadal tu jesteśmy – mówi z żalem Sokalski.
Pan Ireneusz twierdzi, że gmina obiecała mu także przewiezienie sprzętów z Gęsińca i przechowanie ich w jakimś miejscu. Do tej pory też tego nie zrobiono.
Obecnie Ireneusz i Anna Sokalscy są bezrobotni. – Jestem w trakcie załatwiania pracy, ale dzisiaj jej nie mam. Obiecano nam obiady. Dostajemy słoik zupy i 4 kromki chleba na nas dwoje. Dzieci mają obiady w szkole, ale przecież teraz są ferie. No i co my mamy zrobić? – pyta pan Sokalski.

Farba w drodze
Konstanty Sikorski, specjalista ds. społecznych i gospodarki mieszkaniowej UMiG w Strzelinie.

- Z naszej strony zrobiliśmy dla rodziny Sokalskich wszystko, co tylko się dało. Mają dach nad głową i posiłki. Obecnie nie mamy żadnego wolnego mieszkania socjalnego. Pan Sokalski mówił, że w pokoiku zamieszka tylko ze swoją żoną, a dzieci pójdą do babci. Jednak zrobił inaczej. Oczywiście, nie ma problemu, aby ten pokoik doprowadzić do porządku i go pomalować.Damy panu Sokalskiemu farbę. Gmina dołoży też wszelkich starań, aby jak najszybciej znaleźć pomieszczenie, w którym będzie tymczasowo przechowywany dobytek rodziny.

Autor artykułu: Dariusz Stępień

Zimowe swawole

February 17th, 2005

WAŁBRZYCH Ferie w mieście nie muszą być nudne.
Mnóstwo zabawy, moc atrakcji oraz różnorodne kursy proponuje WOK

Pierwszy tydzień ferii dobiega końca. Przez ten czas tysiące dzieci uczestniczyły w zajęciach w Wałbrzyskim Ośrodku Kultury, Ośrodku Sportu i Rekreacji i wielu innych.
Ciekawe imprezy przygotował też Ośrodek Społeczno-
-Kulturalny Spółdzielni Mieszkaniowej „Podzamcze”. Każdego dnia dzieci i młodzież mogą pograć w tenisa stołowego, gry planszowe. Wszystko organizowane jest bezpłatnie.
Moc atrakcji czeka na wszystkich uczestników zajęć organizowanych w zamku Książ. W tym roku Wałbrzyska Galeria Sztuki BWA „Zamek Książ” wraz z Toyota Motor Manufacturing Poland Sp. z o.o. zapraszają serdecznie dzieci, młodzież z Wałbrzycha i okolic do czynnego uczestnictwa w czasie ferii zimowych w programie „Zamkowe spotkania ze sztuką i ekologią”. Organizatorzy zaplanowali między innymi: cykl prezentacji dla dzieci i młodzieży z zakresu ekologii z wykorzystaniem najnowszych technik multimedialnych (9 sesji): Uroda Przyrody – Góry Wałbrzyskie, Książański Park
Krajobrazowy z Rezerwatem
– Wpływ cywilizacji na przyrodę (wyjście w teren). Poza tym chętni będą mogli uczestniczyć w kampanii na rzecz ochrony środowiska, nauczyć się robić zdjęcia przyrody. Na amatorów wycieczek czeka zwiedzanie ciekawych miejsc w zamku oraz wycieczki po Książańskim Parku Krajobrazowym.
Zajęcia rozpoczynają się o godz. 11.00, szczegółowe informacje można uzyskać pod numerem telefonu 840-58-09, 665-62-62.

Autor artykułu: (SIYA)

Wniosek przepadł

February 17th, 2005

KŁODZKO Nie dostali pieniędzy na basen

N iestety, pierwsza próba uzyskania dotacji w ramach Zintegrowanego Programu Rozwoju Regionalnego na bu-dowę krytego basenu w Kłodzku zakończyła się niepowodzeniem. Wniosek kłodzkich samorządowców, pomimo że został wysoko oceniony, odrzucono.
– Nie przekreśla to definitywnie naszych planów. Są inne drogi uzyskania dotacji.
W tej chwili mamy aż cztery takie możliwości i będziemy z nich korzystać – powiedział nam Roman Lipski, burmistrz Kłodzka. – Mam nadzieję, że uda się nam zdobyć dotację na budowę basenu.
Koszt wybudowania krytej pływani to 20 mln zł. Burmistrz Lipski nie rozpocznie jednak inwestycji, jeśli nie będzie miał przyznanych dotacji (przynajmniej 50 procent). Jeśli budowa ruszyłaby w tym roku, nie trzeba byłoby robić nowej dokumentacji technicznej
i występować o pozwolenia na budowę. Czasu na to jest jednak coraz mniej.

Autor artykułu: (PIEL)

Utknęliśmy w śniegu

February 17th, 2005

REGION WAŁBRZYSKI Gigantyczne korki, spóźnienia autobusów, wioski odcięte od świata. To efekt wielkich opadów

Pół metra śniegu spadło w nocy z wtorku na środę. Dla kierowców od rana rozpoczął się koszmar na drogach. Harcerze z Pasterki pod Kłodzkiem zostali bez jedzenia.
Nie obyło się bez ofiar śmiertelnych. W Wałbrzychu zmarł mężczyzna, który odśnieżał chodnik przy sklepie

Mieszkańcy w całym regionie od samego rana odśnieżali swoje domostwa i samochody. Nie przeżyła tego jedna osoba.
– Mężczyzna odśnieżał sklep w Śródmieściu. Upadł i mimo reanimacji nie udało się go uratować – mówi Paweł Sawaryn, dyspozytor wałbrzyskiego pogotowia ratunkowego.
Co było faktyczną przyczyną niespodziewanego zgonu wałbrzyszanina, będzie wiadomo dopiero po sekcji zwłok.
Śnieżny puch na wiele godzin odciął od świata Pasterkę, małą miejscowość w gminie Radków, nieopodal granicy z Czechami. Powody do narzekania mieli głównie spędzający tam ferie harcerze z Warszawy.

– Pieczywo dotarło do nas dopiero przed godziną 13.00 – skarży się Walentyna Jaske, właścicielka ośrodka wczasowo-kolonijnego, w którym wypoczywa 37 harcerzy. – Nie to było jednak najgorsze, lecz nasza niemoc. Jedno dziecko dostało krwotoku. Niestety, nie mogłam pojechać z nim do szpitala. Pogotowie też nie mogło do nas dotrzeć. Na szczęście udało mi się zatamować krwawienie.
Goprowcy i pogranicznicy są w pełnej gotowości, by pomagać w nagłych sytuacjach i dowozić ludziom żywność i leki swoimi skuterami.

Jak Syberia
W Wałbrzychu z samego rana zapanował komunikacyjny paraliż. Spóźniała się komunikacja miejska, autobusy PKS-u nie wracały z trasy.
– Jest śnieżna nawałnica, więc są kłopoty. TIR-y tarasują drogi i autobusy stają w trasie – mówi dyżurny wałbrzyskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Autobusowej i urywa w pół zdania. Musi zapowiedzieć odjazd kolejnego autobusu. – Mam nadzieję, że dojedzie do miejsca przeznaczenia – rzuca nam na pożegnanie.
Z domu nie wychodziła wczoraj Anna Morawska z Gostkowa. Autobusy nie były w stanie dojechać do tej miejscowości. Stawały w korkach pod Strugą.
– Wszystko zasypane. Niby pług rano odgarnął drogę, ale śnieg pada non stop. Nie dziwota, że okropnie dużo jest tego puchu. Takiej zimy dawno już nie było. Nawet światła zabrakło… Tu zawsze było jak na Syberii – wyjaśnia Morawska.

Z łopatką na samochód
Problemy z dotarciem do pracy miała Renata Wycisk. – Ledwo dojechałam z Żarowa do Wałbrzycha – rozkłada ręce kobieta. W jednej z nich trzyma łopatę. Po ośmiogodzinnych opadach odśnieżała wraz z córką auto. – Pół godziny pracy i nie widać efektów – denerwuje się.
W całym regionie ten, kto nie musiał, nie ruszał się z domu. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Nie poddawali się mieszkańcy Janówki (gmina Ciepłowody). Na umówione spotkania do urzędu przyjechali ciągnikiem, bo tylko on mógł poradzić sobie ze śniegiem.

Opatrzność czuwa
Jak na tak trudne warunki w całym regionie doszło zaledwie do kilkudziesięciu kolizji. Poważniejszy wypadek zdarzył się na trasie K-8 pod Wilkowem Wielkim (powiat Dzierżoniów). Osobowy golf uderzył czołowo w TIR-a Volvo. Ciężarówka znalazła się w rowie. Trzy osoby zostały ranne. Strażacy aż siedem godzin usuwali skutki wypadku. Tak niska liczba kolizji dziwi samych policjantów.
– Zanim wyjechałem na drogę, to myślałem, że kierowcy sobie radzili. Kiedy sam usiadłem za kółkiem, pomyślałem, że tak niską liczbę kolizji kierujący zawdzięczają tylko Opatrzności – mówi podinspektor Marek Czapula, naczelnik wałbrzyskiej drogówki.
Doświadczony policjant radzi, by kierowcy nie wyjeżdżali na drogi, chyba że naprawdę muszą.
– Wieczorem na rozjeżdżonych trasach będzie tworzyła się tzw. szklanka. Z powodu zasp śnieżnych jeździ się ciężko i nie ma gdzie zaparkować auta. Trzeba uważać, bo ostrożności nigdy doza dużo – radzi Czapula. •

Kto zawinił?
l Anna Porada
wicedyrektor Zarządu Dróg i Komunikacji w Wałbrzychu
– Można by szukać winnego wtedy, gdyby śnieg padał od wczoraj, a drogowcy przyszliby rano do pracy i nie wiedzieli co się dzieje. Ale pługi pracowały przez całą noc. Po prostu tak dużych opadów nie było już od dawna. Przyroda okazała się zbyt silna, jak na nasze możliwości. Opady były gwałtowne i długotrwałe. Sprawę utrudniał wiatr.
Będzie padało, ale nie tak intensywnie

Józef Wawryszyn
dyżurny synoptyk IMGW we Wrocławiu
– W nocy z wtorku na środę śnieg sypał z różną intensywnością. W Kłodzku spadło 8 centymetrów świeżego puchu, w Zieleńcu 10 cm, a w Lądku Zdroju aż pół metra. 23-25 cm spadło w Jedlinie, Szczawnie i Bardzie Śl. W najbliższych dniach śnieg będzie prószył, ale nie będą to już duże opady. Napada 5 centymetrów w ciągu najbliższych nocy.

Rozkłady do kosza
Do pracy spóźniali się wrocławianie i jeleniogórzanie. Na trasie z Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby utknął w zaspach pociąg. uwolnił go dopiero specjalnie wezwany pług. Komunikacja miejska we Wrocławiu była niewydolna. Tramwaje nie mogły skręcać w ulice, bo pługi i mróz blokują zwrotnice. Sytuacja taka w stolicy Dolnego Śląska może się powtarzać, bo nie ma wystarczającej liczby pługów.

Autor artykułu: Stefan Augustyn, (JAK, PIEL, KO) (MS, BK)

Hałas aż do bólu

February 17th, 2005

Wrocław Ulice: Krakowska, Borowska, skrzyżowanie Hubskiej i Dawida oraz al. Jana III Sobieskiego wśród najgłośniejszych w Polsce

Krakowska jest najgłośniejszą ulicą w Polsce. Panuje na niej dwa większy hałas niż na słynącej z tego Pułaskiej w Warszawie. Mimo to eksperci pocieszają, że Wrocław nie jest najbardziej hałaśliwą metropolią w kraju.

Hałas na Krakowskiej bywa nie do wytrzymania. – Aż uszy bolą – mówi Małgorzata Borowska, która codziennie przychodzi do mamy pracującej przy tej ulicy. – Wszystko się trzęsie, kiedy przejeżdża ciężarówka – dodaje Aleksandra, księgowa w jednej z firm mających siedzibę przy Krakowskiej.
W pierwszej dziesiątce zestawienia najgłośniejszych ulic Polski (przygotowały je Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska) jest jeszcze aleja Jana III Sobieskiego (na drugim miejscu), Borowska (6 miejsce) oraz skrzyżowanie Hubskiej i Dawida (8 miejsce).
- Tam, gdzie to możliwe, remontujemy torowiska. Układamy szyny obłożone gumą, dzięki czemu tory nie wibrują i nie wydają dźwięków – mówi Ewa Mazur z Zarządu Dróg i Komunikacji. – Tak jest na przykład na ulicy Św. Jadwigi.
Na ulicy Traugutta, po remoncie torowiska okazało się, że hałas zmniejszył się o 10 decybeli. O wiele ciszej jest też po remontach jezdni. Coraz częściej drogowcy stosują tzw. ciche asfalty. Dzięki nim hałas zmniejsza się nawet o ok. 4 decybele. Taki sam efekt zapewniają ekrany akustyczne – ściany, stawiane przy najruchliwszych ulicach.
Hałas można też niwelować w inny sposób: zmniejszając natężenie ruchu, bądź zakazując wjazdu ciężarowek w nocy. Właśnie z takiego rozwiązania korzystają mieszkańcy ul. Łowieckiej. Najpierw drogowcy zalali kostkę brukową asfaltem, a następnie wprowadzono zakaz jazdy ciężarówek od godziny 22 do 6 rano.
Wszystkie cztery ulice, które znalazły się w czołówce zestawienia WIOŚ, zostaną wyremontowane najpóźniej za trzy lata. Poza tym, we Wrocławiu przybędzie kilkaset metrów ekranów dźwiękoszczelnych.

Ma być ciszej
- Poprawę mieszkańcy zauważą za trzy lata – obiecuje Grzegorz Roman, szef departamentu rozoju w magistracie.
Ulicę Krakowską za dwa lata czeka przebudowa. Pierwsza część remontu obejmie odcinek od Traugutta do Armii Krajowej. Plan będzie gotowy za około trzy tygodnie. Wiadomo już, że kostkę brukową zastąpi asfalt. W 2007 r. Krakowska będzie miała cztery pasy ruchu – po dwa w każdą stronę – oraz wydzielone torowisko.
Aleja Jana III Sobieskiego była remontowana w ubiegłym roku. Już po badaniach hałasu drogowcy zmienili nawierzchnię na jezdni w kierunku centrum. Do wyremontowania zostało jeszcze 1100 metrów jezdni w kierunku Oleśnicy, od mostu na Widawie do wiaduktu na ul. Bora Komorowskiego.
Borowska zostanie wyremontowana w ciągu następnych dwóch lat. Jedynie Hubska musi jeszcze poczekać. Bo w mieście nie można zamknąć jednocześnie zbyt wielu ulic.
Remonty na pewno sprawią, że będzie ciszej. Ale na prawdziwy postęp trzeba będzie poczekać najprawdopodobniej do 2008 roku, kiedy ma powstać autostradowa obwodnica Wrocławia. Dwa lata później gotowa będzie już także obwodnica wschodnia, czyli droga Bielany-Łany-Długołęka. To ograniczy obecność ciężarówek na wrocławskich ulicach. A one są głównym źródłem hałasu.

Jeszcze nie najgłośniej
- Na Krakowskiej jest hałas, ale chyba jednak nie największy w Polsce. Choćby dlatego, że jednym z czynników wpływających na głośność jest natężenie ruchu, które we Wrocławiu jest 2-3 razy mniejsze, niż na niektórych ulicach stolicy. Krakowską średnio przejeżdża 1,5 tysiąca samochodów na godzinę, a w Warszawie są drogi, którymi nawet pięć tysięcy – komentuje dane WIOŚ Barbara Rudno-Rudzińska z Instytutu Telekomunikacji i Akustyki wrocławskiej politechniki.
- Te badania zawyżają poziom hałasu, na który są narażeni mieszkańcy o około 3-12 decybeli. A wszelkie normy są konstruowane właśnie z myślą o nich. Poza tym, są to badania z 2003 roku – wyjaśnia Jerzy Gdaniec, pracownik wydziału środowiska.

Od szczegółu do ogółu
To jednak tylko przypuszczenia. Nie stworzono bowiem mapy akustycznej Wrocławia, która pokazałaby rzeczywisty poziom hałasu w całym mieście. Dopiero po jej przygotowaniu będzie można stwierdzić, czy w naszym mieście króluje hałas. Mapa właśnie jest przygotowywana, ma być gotowa najpóźniej w czerwcu 2007 r.

Kierowca też może zmniejszyć hałas
Hałas można zmniejszać nie tylko wykonywaniem remontów i stawianiem ekranów dźwiękochłonnych. Sami kierowcy też mogą uciszyć miasto. Hałas zmniejsza się bowiem mniej więcej o jeden decybel na każde 10 km/h prędkości. A więc zwolnienie z 90 do 40 km/h przynosi taki sam efekt, jak ekran akustyczny. To dane dotyczące jezdni asfaltowych. Jeszcze ciszej wraz ze zdjęciem nogi z pedału hamulca robi się na ulicach z kostki brukowej. Tu hałas spada o 3 decybele na 15 km/hprędkości.

Dwie metody – dwa wyniki
– Hałas komunikacyjny można mierzyć na dwa sposoby. Metoda przyjęta przez Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska, nakazuje ustawić przyrządzenia metr od krawędzi ulicy. Jej minusem jest to, że badany jest hałas w jednym miejscu, a nie na całej ulicy. Kilka metrów dalej może być głośniej lub ciszej. Kolejnym mankamentem tej metody jest to, że WIOŚ nie bada każdej ulicy, a tylko te, które wydają mu się na najgłośniejsze – mówi Anna Taras z Zakładu Akustyki Środowiska Instytutu Ochrony Środowiska.
Według niej, o wiele lepsza metoda badania to ta, która jest wykorzystywana podczas tworzenia map akustycznych. Przewiduje ona pomiary na wysokości 4 metrów, wykonywane przy sąsiadującym z drogą budynku mieszkalnym. – Poza tym tworząc mapy akustyczne bada się hałas dla całej okolicy, a nie tylko jednego miejsca – mówi Anna Taras.

Autor artykułu: Bartłomiej Knapik, Przemysław Ziółek